web analytics

DOK – Democracy is OK

Kuźnia Demokracji

Szwecja. Trudny pomnik, czyli zamiast pompy bliskość

Krystyna Kierebinski


10 kwietnia 2010, Warszawa, fot. Patryk Korzeniewski, Wikimedia Commons 

Czy fakt, że ulice żadnej innej światowej stolicy nie są blokowane przez powtarzające się co miesiąc i naładowane złością obrzędy rytualne, świadczy o tym, że brak naszych bliskich odczuwamy dotkliwiej? Że kochamy mocniej niż inne narody? Nie.

10 kwietnia 2010 to dzień, z którego każdy z nas ma swoje wspomnienie. Każdy pamięta, co robił w momencie, kiedy zastała go wiadomość o katastrofie; ten szok, niedowierzanie i najpierw godziny w rozżalonym tłumie, potem dni przed telewizorem. Wszyscy też mamy w pamięci narodową żałobę, morze zniczy, sceny z lotniska, kondukty, pochówki…

Tragedie katastrof są udziałem wielu narodów, co oczywiście nie umniejsza rozmiaru żadnej z nich. Polski dramat jest o tyle unikatowy, że w kolejnych swoich odsłonach trwa do dziś. Co rok, co miesiąc pod Pałacem Prezydenckim zbiera się tłum żądający „prawdy”, rozliczeń, zemsty i pomnika. A pomnik ma stanąć właśnie i tylko tu, nie tyle po to by uhonorować ofiary tragicznego wypadku, ale po to by jednej z tych ofiar nadać wymiar ponadczasowy, by siedzibę polskich prezydentów połączyć już na zawsze właśnie z tą postacią. O to walczy brat zmarłego, wiodąc za sobą tłum wyznawców, przekonanych, że powoduje nimi jakieś „dobro wspólne”. Warszawa na razie broni się skutecznie. Na razie…



Czy fakt, że ulice żadnej innej światowej stolicy nie są blokowane przez powtarzające się co miesiąc i naładowane złością obrzędy rytualne, świadczy o tym, że brak naszych bliskich odczuwamy dotkliwiej? Że kochamy mocniej niż inne narody? Nie.

Tekst ten nie jest próbą porównania dwóch katastrof, ich rozmiarów, przyczyn czy społecznego statusu ofiar. Tu być może zdania zawsze będą rozbieżne. Żałoba jednak pozostanie taka sama. Bo nasze wyobrażenie o strachu, bólu, przerażeniu ofiar jest podobne. Bo podobnie odczuwamy tęsknotę, żal za niewypowiedzianym, niespełnienie.

Jak nadać tym uczuciom materialną, przestrzenną formę? Przed tym pytaniem stanęła także Szwecja, chcąc uhonorować swych 543 obywateli pochłoniętych przez fale tsunami. Dopiero teraz, po 13 latach od katastrofy poznaliśmy miejsce i projekt pomnika.

Był rok 2004, drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia. Wiadomość o gigantycznej fali zgarniającej całe hotele z plaż Oceanu Indyjskiego dotarła do Szwecji najpierw poprzez raporty CNN. Tu była przecież noc i świąteczne, błogie rozprężenie. Szok przyszedł rano. Rozmiar katastrofy porażał, narastał strach o bliskich. Spędzanie świąt w ciepłych krajach jest tu dla wielu tradycją, a długa przerwa szkolna sprawia, że w takie podróże udają się rodziny z dziećmi.

Pierwsze konkretne doniesienia nadeszły od operujących na miejscu przedstawicieli biur podroży. Były druzgocące. Obawiano się tysięcy ofiar. Dla Szwedów świat stanął w miejscu, nie było żadnych innych doniesień. Tylko tsunami: wywiady, relacje, poszukiwania, obrazy zniszczeń i jeszcze nie wyretuszowane zdjęcia z usianych ciałami plaż, gdzie już pracowały spychacze. Do tego myśl – przecież to mogłem być ja, my…


Tajlandia 2004, lotnisko na wyspie Phuket, pożegnanie kolejnych ofiar przed odlotem do Szwecji. Za gazetą Sydsvenskan, zdjęcie Lars Dareberg 


Po kilku dniach zaczęły lądować samoloty z trumnami. Zawsze nocą, gdzieś około trzeciej, taki rozkład lotów, a może chciano uniknąć niepotrzebnego zamieszania, zapewnić powagę. Każdej nocy na płycie lotniska czekała na kolejny samolot Rodzina Królewska i przedstawiciele rządu. Przed telewizorami śledziły wydarzenie tysiące obywateli. Potem nadszedł czas uroczystości żałobnych, także dla tych, których ciał nigdy nie odnaleziono. Odbywały się na różnych szczeblach: państwowym, lokalnym, w szkołach, miejscach pracy czy klubach sportowych. Strony gazet wypełniały nekrologi. Każdy znał kogoś, kto znał kogoś… Wśród ofiar zdarzały się całe rodziny, byli też ludzie powszechnie znani, co tylko potwierdzało prawdę, że wobec wyzwań losu wszyscy jesteśmy równi.

W Szwecji nie powstał żaden fabularny film o katastrofie. Mimo upływu lat rana jest ciągle otwarta, nie chciano trywializować tragedii.

A pomnik? Miejsce pamięci i uczczenia ofiar? Rok po tsunami rząd powołał Radę Wsparcia i Współpracy dla Ofiar Katastrofy. Jednym z jej wielu zadań było wyłonienie opinii rodzin ofiar co do narodowego miejsca pamięci ich bliskich. Decyzja rodziła się długo, bez krzyków i krucjat pod siedzibę władz. Uznano, że czas może być dobrym doradcą co do potrzeby budowy takiego pomnika i jego ostatecznej formy. Ten czas miał również zatrzeć wspomnienie opieszałej postawy szwedzkiego rządu, który w czasie katastrofy nie zdał egzaminu z podejmowania szybkich decyzji na rzecz swoich poszkodowanych obywateli. Zawiedli ludzie, zwiodły procedury, pozostał żal, niesmak, stracone zaufanie.


Tajlandia, Khao Lak, 2014. W dziesiątą rocznicę katastrofy na plaży odbyła się szczególnie uroczysta w tym roku, msza transmitowana do kraju. Licznie przybyły rodziny ofiar, był także premier Szwecji. Modlono się, słuchano muzyki, na wodę puszczano kwiaty. Za gazetą Simrishamnsbladet, zdjęcie Lis Hamark 


Potrzeba narodowego miejsca pamięci przetrwała próbę czasu. Po dziesięciu latach, decyzją rządu postanowiono pomnik zbudować i rozpisać nań konkurs. Tu rodzinom ofiar dano pole do przedstawienia swoich życzeń. Z nich wyłoniły się wstępne założenia co do lokalizacji, wyglądu i klimatu miejsca. Miało więc być:

• dostępne dla odwiedzających przez cały rok i dawać możliwość urządzania tam ceremonii rocznicowej każdego 26 grudnia,

• zbudowane w pierwszym rzędzie pod kątem ofiar, ich rodzin i tych, którzy przeżyli katastrofę,

• swoją formą zachęcać również postronnych, tak aby pamiętali o katastrofie,

• dawać poczucie wspólnoty, sprzyjać grupowym ceremoniom,

• emanować atmosferą sprzyjającą refleksji ale także dawać możliwość obchodzenia tam bardziej osobistych uroczystości takich jak urodziny ofiar,

• dawać możliwość spędzenia tam dłuższego czasu, zorganizowania rodzinnego pikniku w pobliżu, przyprowadzenia wspólnych znajomych,

• dawać możliwość zapalenia zniczy, umieszczenia kwiatów,

• być łatwo dostępne i jednocześnie na uboczu, chętnie na łonie przyrody, wśród zieleni,

• umiejscowione w pobliżu innych ciekawych miejsc jak muzea, kawiarnie,

• dostępne dla osób niepełnosprawnych i przy wykorzystaniu środków komunikacji miejskiej,

• dawać poczucie wspólnoty z tymi, którzy odeszli a jednocześnie przypominając, że życie toczy się dalej,

• być „sprawiedliwe”, nie wyróżniać żadnej grupy ofiar ani miejsca ich pochodzenia. Dlatego uznano, że stolica będzie tu najbardziej odpowiednia.

O ostatecznym kształcie pomnika zadecydować miało jednak jury rozpisanego w 2015 r. konkursu. W jego skład weszło osiem osób: architekt, urbanista, rzeźbiarz, przedstawicielka rodzin, która straciła w tsunami część rodziny, architekt terenów zielonych, kurator projektów artystycznych w przestrzeni publicznej, szefowa muzeum sztuki nowoczesnej i kolejna przedstawicielka rodzin, która sama katastrofę przeżyła, a straciła w niej męża i dwóch synów.

Do konkursu napłynęło 195 prac. W ścisłej czołówce znalazło się pięć. 3 kwietnia 2017 r. oficjalnie ogłoszono zwycięski projekt o nazwie „Grawitacyjne fale” (Gravitational ripples). Jego autorka, duńska artystka Lea Porsager tak mówi o swojej wizji: – Pomysł nasunęło mi kosmiczne zjawisko fal grawitacyjnych, przemieszczającej się z prędkością światła zmarszczki w czasoprzestrzeni, wytworzonej przez dwa ciała niebieskie. To potężny fenomen, ale czułam, że katastrofa tsunami wymagała czegoś wielkiego, czegoś co jest większe niż my sami.

Miejsce pamięci powstanie w rozległym sztokholmskim parku Djurgården, który ma status Miejskiego Parku Narodowego i szczyci się swoją prawie dziewiczą przyrodą. Bliskość wody dodaje klimatu, a licznie odwiedzający park mieszkańcy i turyści, gwarantują, że nie będzie tu pusto.


Sztokholm, projekt pt. „Gravitational rippels” (Grawitacyjne fale), zatwierdzony do realizacji w 2017 i udostępnienia w czerwcu 2018. Autorka: Lea Porsagers, fot. Claudio Bresciani/TT dla Metro Szwecja 


Członkini jury, Maria Stigsson, która w grudniu 2004 wróciła z urlopu w Tajlandii bez męża i dzieci, tak skomentowała wybór: Moją rodzinę niosę w sercu każdego dnia, zawsze są tam ze mną. A to miejsce może być piękniejszym do odwiedzin niż grób na cmentarzu. Czuję, że przebywanie wśród innych rodzin, które straciły bliskich będzie w jakiś sposób lżejsze, bardziej wyzwalające.

W tsunami 2004 zginęło ponad 250 tys. osób. Szwecja nie jest jedynym krajem, który upamiętnia ofiary stałą instalacją. Nierzadko taki pomnik jest jednak monumentalną, martwą konstrukcją. Pompa odsłonięcia i oddania pierwszych hołdów przechodzi w rocznicowe ceremonie i z czasem wygasa. Zamiast bić się o długie mury, marmury czy spiż można spojrzeć dalej, szerzej, głębiej – odrzucić sztampową celebrę i szukać wspólnoty o uniwersalnym wymiarze.

 

Tekst i tłumaczenia Krystyna Kierebinski

 

By obejrzeć galerię monumentów dla ofiar tsunami kliknij na jedną z miniatur:



2 comments on “Szwecja. Trudny pomnik, czyli zamiast pompy bliskość

  1. alice
    21 kwietnia 2017

    Czekałam na Pani wpis, wiedziałam, że się Pani odezwie w związku z zamachem w Sztokholmie.Spodziewałam się nowych informacji,wrażeń i odczuć oczywiście, czyli pewnego standardu.To, co Pani napisała jest niespodziewanie inne. Wzbudza podziw ujęcie przez Panią bolesnego tematu „pomników upamiętniających’i szacunek dla Szwedów za sposób, w jaki chcą uczcić ofiary tsunami.
    Tęsknota za normalnością w Polsce będzie zapewne długotrwała, ale nadzieję mamy…
    Dziękuję za b. ciekawy i mądry tekst i ilustracje.
    Serdecznie pozdrawiam.

    • Krysia Kierebinski
      21 kwietnia 2017

      Droga Alice,
      jest mi bardzo, bardzo miło, że chętnie czyta Pani moje teksty. Ten o pomniku przygotowałam z myślą o naszym rodzimym konflikcie, jeszcze przed atakiem w Sztokholmie. Teraz mówi sie tu o potrzebie utworzenia miejsca pamięci dla ofiar tej tragedii. Zobaczymy jak się sprawa rozwinie i czy rzeczywiście coś takiego powstanie. Na razie zebrano i zabezpieczono wiele przedmiotów (flagi, maskotki, listy) zostawianych przez mieszkańców wśrod składanych kwiatow i przekazano Muzeum Miasta,które ma zrobić specjalną ekspozycję. A o samym wydarzeniu napisałam dzień po, trochę pod wpływem własnych przeżyć, trochę szukając odpowiedzi u ludzi, których szanuję. Powstał tekst „Czego uczy nas terror”. Polecam i serdecznie podrawiam, Krysia
      http://www.democracyok.org/2017/04/09/czego-uczy-nas-terror/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kategorie

License:

This work is licensed under a Creative Commons Attribution-NoDerivatives 4.0 International License.

W blog Democracy is OK D.OK zamieszczamy teksty, których tematyka jest zgodna z ideami wyrazonymi w naszym Manifescie, jednak za tresc artykulow i wyrazone w nich opinie odpowiedzialni są tylko i wylącznie ich autorzy.