web analytics

DOK – Democracy is OK

Kuźnia Demokracji

Jestem Polką, Francuzką, Europejką

Małgorzata Faget, Bordeaux



– Nie chcę już żyć w przedpokoju! Żyję tu i teraz, nie chcę już porównywać, żyć nostalgią do przeszłości i ciągle się zastanawiać: „Co by było, gdybym jednak została w Polsce?”.

Powiedziałam to samej sobie siedem lat temu, mieszkając we Włoszech. Był to moment przełomowy w mojej emigracji, która trwa już trzynaście lat. Cztery lata w Anglii, cztery we Włoszech i od pięciu lat we Francji, mojej przybranej, drugiej ojczyźnie.

Pierwsze lata były trudne, każdy powrót do Polski rodził wątpliwości, czy decyzja o wyjeździe była słuszna. W kraju życie toczyło się dalej, rozwój kariery, dzieci, kupno domu… Mieszkając za granicą masz wrażenie ciągłego zaczynania od nowa, piszesz siebie od nowa. Życie bez kotwicy jest wyzwalające, ale jednocześnie tak cholernie brakuje tej małej stabilizacji na co dzień – moja ulica, przyjaciel z dzieciństwa spotkany przypadkowo w mieście, rodzinny obiad w weekend.


Park Lane, London_© Martin Addison, CC BY-SA 2.0


Angielski uśmiech

W Anglii nie brakowało mi Polski, było jej nawet za dużo: polskie sklepy, restauracje przypominające wystrojem czasy Gierka, Polacy klnący w metrze w przekonaniu, że żaden z pasażerów ich nie zrozumie. Zachłystywałam się wielokulturowością Londynu, wolnością przekonań, różnorodnością ubiorów, swobodą stylu. Natomiast pierwsze wypady do supermarketu były smutne – dlaczego wszystko jest bez smaku, opakowane  w plastik?

Gdy zobaczyłam wykładzinę w łazience naszego wynajmowanego domu, dziwiłam się tej fanatycznej nienawiści Anglików do kafelków… Odbiłam to sobie później we własnym domu we Francji, w którym nie mam żadnych dywanów, niechęć do nich została mi do dzisiaj…  Pierwsze wizyty u ginekologa były zaskoczeniem: „Chce Pani pigułki? Proszę tylko poprosić, dostęp jest bezpłatny”. Bardzo odbiegało to od konspiracyjnej atmosfery w Polsce. Dziwiło mnie tylko, dlaczego ta dostępność nie przekłada się na obniżenie wskaźnika liczby ciąż wśród brytyjskich nastolatek, jednego z najwyższych w Europie. Doceniałam życzliwość ludzi na ulicy, na lotnisku angielski policjant widząc mój paszport mówił mi „Dzień dobry” z brytyjskim akcentem, szeroko się uśmiechając. W Polsce na ulicy wiał skandynawski chłód, ludzie przy kasie reagowali na mój uśmiech zaskoczeniem.


Turyn


Włoska nostalgia

Mój włoski, czteroletni epizod pomógł mi odkryć smak jedzenia, chodzenia na zakupy na targ… Co poniedziałek ulice Turynu rozbrzmiewały pełnymi szczegółów relacjami o menu podczas weekendowego ucztowania. Włochy to dla mnie kraj, który żyje w nostalgicznej przeszłości, nie oczekując wiele od przyszłości. W Polsce widziałam nową energię, ciągły rozwój, siłę młodych – ich rówieśnicy na Półwyspie Apenińskim żyli w poczuciu straconych szans, z zazdrością opowiadając o wygodnym życiu i łatwym dorabianiu się swoich rodziców. Bolały mnie natomiast wyobrażenia na temat Polek – pani w urzędzie pracy, widząc mój polski paszport, spytała: „Pracuje pani w fabryce, na taśmie, tak?”. „Nie, w biurze, w szwedzkiej firmie” – odpowiedziałam urażona. Zaczęłam rozumieć, że każdy kraj w Europie ma swój obraz polskiego emigranta…

We Włoszech urodziła się moja córka. Chodziłam dumna jak paw, obsypywana na każdym kroku komplementami na temat jej niebieskich oczu („che belli occhi azzurri!”). Miłość do dzieci we Włoszech jest odwrotnie proporcjonalna do poziomu dzietności, jednego z najniższych w Europie. Miałam również okazję być zaproszona na kilka włoskich wesel, owszem, świetnie się najadłam, ale moja stopa nawet nie dotknęła parkietu… Po północy wszyscy grzecznie udawali się do domu, a ja tęskniłam za polskim weselem z zabawą do bladego świtu…


Bordeaux. Fot. Matthieu Sèvére, Flickr https://www.flickr.com/photos/masev/7354236784


Francuskie miraże

Moje doświadczenie emigracji nauczyło mnie również ufności: do instytucji, do obcego… Pamiętam, jak patrzyłam skonsternowana na mojego męża Francuza, który beztrosko zostawiał na plaży swoje osobiste rzeczy bez nadzoru i szedł się kąpać. Patrzyłam zaskoczona na ludzi wokół mnie, ufających swoim bankom czy urzędom podatkowym.

Od pięciu lat mieszkam w Bordeaux, mam podwójne obywatelstwo, ale zawsze mówię, że jestem Polką. Czuję się zaadoptowana przez Francję, zaakceptowana w swojej wielotożsamości. Tu urodził się mój syn. W trakcie porodu podano mi dwukrotnie epidural (znieczulenie zewnątrzoponowe – przyp. red.), bo lekarz podkreślał, że przede wszystkim ma mnie nic nie boleć. Nie dowierzałam, ale miał rację… Irytuje mnie czasem nadmierna laickość we Francji, bycie religijnym odbiera się jako fanatyzm, zaścianek. Z drugiej strony jestem jej wdzięczna, gdyż stoi ona na straży moich praw jako kobiety, obywatela.

Nostalgiczny miraż komunistycznego raju, którym żywią się niektórzy Francuzi, teraz już tylko mnie bawi, kiedyś złościł. Rodzina mojego męża wie, że ma we mnie twardego przeciwnika, który przeszedł ten eksperyment na sobie. Stałam się natomiast bardziej wrażliwa socjalnie, chętnie płacę podatki, bo wiem, że gdy sama pójdę do szpitala, otrzymam godziwą opiekę, a jeśli będę na bezrobociu, nie pogrąży to w biedzie mojej rodziny. Patrząc na moich polskich przyjaciół wiem, że muszą być sprytniejsi, obrotniejsi i że mogą liczyć tylko na siebie. Tyle, że mam wrażenie, iż w Polsce „mieć” staje się ważniejsze niż „być”.


Zielonogórski kabaret Potem (1984–1999)


Tu i teraz

Brakuje mi natomiast polskiej kultury: pójścia do teatru, obejrzenia polskiego filmu w kinie i tego porozumienia bez słów, gdy ogląda się „Rejs” i nie trzeba tłumaczyć każdego dowcipu…  Mieszkając za granicą odkryłam fenomen polskiego kabaretu z absurdalno-abstrakcyjnym dowcipem. Nie odnalazłam go w żadnym z krajów, w których mieszkałam. Jest raczej pewien rodzaj masochizmu, im komik bardziej obraża publiczność, tym jest bardziej popularny.

Jestem dumna z polskich kobiet, które spotkałam na swojej emigracyjnej drodze. Są dla mnie inspiracją, solidarną opoką i dowodem, że można się z powodzeniem zintegrować i że należy walczyć o swoje miejsce. Pamiętam, jak jedna ze spotkanych Francuzek po pięćdziesiątce opowiadała mi z zaskoczeniem i dumą, jak to poznane przez nią Polki potrafią zagonić mężów do sprzątania i gotowania w domu, co we Francji w jej generacji jest rzadkością.

Parę lat temu wyznaczyłam sobie za cel wyjście z przedpokoju tymczasowości emigracyjnej i rozpoczęcia życia „tu i teraz”. Nie porównuję, gdzie było lepiej, a gdzie gorzej. Buduję sama moją stabilizację i uczę moje dzieci, że ich podwójna tożsamość jest ich atutem, bez wartościowania, która z narodowości „jest lepsza”. Wiem, że aby być szczęśliwa, musiałam pogodzić się z tym, że polska kotwica jest i będzie we mnie, ale nie mogę wracać do niej nostalgicznie w poszukiwaniu straconego mirażu. Jestem Polką, Francuzką, Europejką.

Małgorzata Faget, Bordeaux, 25.03.2017

Patrz też inne teksty na stronie Democracy is OK w cyklu z okazji 60. rocznicy traktatów rzymskich.


 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kategorie

License:

This work is licensed under a Creative Commons Attribution-NoDerivatives 4.0 International License.

W blog Democracy is OK D.OK zamieszczamy teksty, których tematyka jest zgodna z ideami wyrazonymi w naszym Manifescie, jednak za tresc artykulow i wyrazone w nich opinie odpowiedzialni są tylko i wylącznie ich autorzy.