web analytics

DOK – Democracy is OK

Kuźnia Demokracji

Wygaszanie pałacu


Ryszard Kapuściński. Fot. Kapuscinski Development Lectures

85 LAT TEMU URODZIŁ SIĘ RYSZARD KAPUŚCIŃSKI

„Nikt nie przeczuwał, że nadciąga koniec. A raczej coś tam się przeczuwało, coś po głowie chodziło, ale takie niejasne, niewyraźne, że jakby w ogóle nie było żadnego odczuwania nadzwyczajności. A przecież już od dawna snuł się po pałacu kamerdyner, coraz to jakieś światła wygaszając, ale wzrok się do owego zgaszania przyzwyczajał”.

4 marca 1932 roku w Pińsku na Białorusi urodził się wybitny reporter Ryszard Kapuściński. Z tej okazji przypominamy fragmenty jego Cesarza z 1978 roku, wstrząsającego reportażu o Hajle Sellasje, cesarzu Etiopii, „Wybrańcu Bożym”, który zmarł w 1975 roku. Fragmenty z dzieła Kapuścińskiego, który odszedł od nas dziesięć lat temu, instynktownie poprzedzamy cytatem z rozmowy dwóch gigantów – albo powiedzmy wprost: dinozaurów – europejskiej myśli ekonomicznej.

Viktor Orban: – Węgrzy bardzo chętnie pójdą z Polakami konie kraść.

Jarosław Kaczyński: – Możemy konie kraść, mamy taką stajnię z napisem Unia Europejska.

“…od tamtej chwili, kiedy dym poszedł z pałacu, zaczęła zalewać nas jakaś minusowość. (…) wszędzie czuło się minusowość, wszędzie się ją dostrzegało, na twarzach ludzi, twarzach jakby pomniejszonych i opuszczonych, bez światła i energii, w tym, co robili i jak to robili, też była minusowość, w tym, co mówili nie mówiąc, w ich byciu nieobecnym, skurczonym, wyłączonym, w ich istnieniu wygaszonym, w ich myśleniu krótkodystansowym, niskopoprzeczkowym, w ich dłubaniu przyzagrodowym, małopoletkowym, w ich zapuszczeniu i w zaćmieniu, w całym powietrzu otaczającym, w całym bez-ruchu-mimo-ruchu, w kieracie, w klimacie, w dreptaniu, we wszystkim czuło się zalewającą nas minusowość. I choć cesarz nadal dekretował i zabiegał, wcześnie wstawał i nie spoczywał, i tak przecież wszystko kończyło się minusowo, coraz bardziej minusowo (…). Jakby ludzie nie mogli zapanować nad rzeczami, które istniały-nie-istniały własnym złośliwym istnieniem.

… we wszystkim czuło się zalewającą nas minusowość…

Zaczarowana siła tych rzeczy była taka, że wszyscy czuli się bezradni wobec ich samoczynnego prawa powstawania i zaniku i nie umieli tej samowoli ani złamać, ani ujarzmić. I to poczucie bezsiły, to stałe przegrywanie, od lepszych odpadanie, wpędzało ich w jeszcze większą minusowość, w zdrętwiałą ornitologię – w osowiałość, w zasępienie, w kuropatwie przyczajenie.
Nawet rozmowy zmarniały, straciły wigor i oddech. Rozmowy zaczynały się, ale jakby nie kończyły. Zawsze dochodziły do niewidocznego, ale wyczuwalnego punktu, za którym zapadało milczenie, a w milczeniu tym zawierało się stwierdzenie, że wszystko już wiadome i jasne, ale jasne w sposób ciemny, wiadome w sposób niemożliwy do poznania, władne w swojej bezradności, i potwierdziwszy te prawdy chwilą milczenia, rozmowa zmieniała kierunek i wkraczała w inny temat, w błahy, poboczny temat-odrzut. Pałac osiadał, to czuliśmy wszyscy, weterani czcigodnego pana, których los ocalił przed czystką, czuło się opadanie temperatury, życie coraz dokładniej oprawiane w rytuał, ale coraz bardziej papierowe, zdawkowe, minusowe.


Cesarz Hajle Selasje na polowaniu, fot. Wikipedia 


(…) Nikt, ale to nikt, przyjacielu, nie przeczuwał, że nadciąga koniec. A raczej coś tam się przeczuwało, coś po głowie chodziło, ale takie niejasne, niewyraźne, że jakby w ogóle nie było żadnego odczuwania nadzwyczajności. A przecież już od dawna snuł się po pałacu kamerdyner, coraz to jakieś światła wygaszając, ale wzrok się do owego zgaszania przyzwyczajał (…)

Zaczęło się od tego, że w roku siedemdziesiątym trzecim, latem, przyjechał do nas dziennikarz z telewizji londyńskiej, niejaki Jonathan Dimbleby. Ten ci dawniej już bywał w cesarstwie robiąc chwalebne filmy o naszym wszechwładcy i dlatego nikomu nie przyszło do głowy, że taki żurnalista, który najpierw chwali, ośmieli się później zganić, ale taka już widać łotrowska natura owych ludzi bez godności i wiary. Dość że tym razem Dimbleby, miast pokazywać, jak pan nasz rozwoju dogląda i troszczy się o pomyślność maluczkich, przepadł gdzieś na północy, skąd ponoć wrócił przejęty i roztrzęsiony i zaraz wyjechał do Anglii. Nie minął miesiąc, a z naszej ambasady przychodzi doniesienie, że pan Dimbleby pokazał w telewizji londyńskiej swój film pod tytułem „Ukryty głód”, w którym ten pozbawiony zasad oszczerca dopuścił się demagogicznej sztuczki ukazując tysiące ludzi umierających z głodu, a obok czcigodnego pana, jak biesiaduje z dostojnikami, następnie pokazał drogi, na których leżą dziesiątki szkieletów zagłodzonych biedaków, a zaraz potem nasze samoloty przywożące z Europy szampany i kawior, tu – pola całe konających chudzielców, tam – nasz monarcha ze srebrnej patery mięso swoim psom podający (…).

…cały samolot dziennikarzy europejskich (…) krótko mówiąc, ingerencja w wewnętrzne sprawy cesarstwa!

Tu widzisz, przyjacielu, całą nieodpowiedzialność obcej prasy, która (…) latami monarchę naszego chwaliła, a nagle, bez żadnego powodu i umiaru – potępiła. Dlaczego tak? Dlaczego taka zdrada i niemoralność? W dalszym ciągu ambasada donosi, że z Londynu wylatuje cały samolot dziennikarzy europejskich, którzy chcą zobaczyć śmierć głodową (…) krótko mówiąc, ingerencja w wewnętrzne sprawy cesarstwa! (…) członkowie rady koronnej żądają, aby samolot z dziennikarzami zawrócić z drogi i całej tej bluźnierczej hałastry do cesarstwa nie wpuszczać. Ale jakże tu, powiada minister informacji, nie wpuścić, jeszcze większy krzyk podniosą i pana miłościwego bardziej potępią. (…) Postanawiają (…) wpuścić, ale zaprzeczyć. Tak jest, wyprzeć się głodu! Trzymać ich w Addis Abebie, pokazywać rozwój i niech piszą tylko to, co w naszych gazetach potrafią wyczytać. A prasę, przyjacielu, mieliśmy lojalną, powiem nawet – przykładnie lojalną. Prawdę mówiąc, nie było jej wiele, bo na trzydzieści z okładem milionów podwładnych tłoczono dziennie dwadzieścia pięć tysięcy egzemplarzy gazet, ale pan nasz z takiego wychodził założenia, że nawet najbardziej lojalnej prasy nie należy dawać w nadmiarze, gdyż może z tego wytworzyć się nawyk czytania, a potem już krok tylko do nawyku myślenia, a wiadomo, jakie to powoduje niewygody, utrapienia, kłopoty i zmartwienia. Bo, powiedzmy, coś może być lojalnie napisane, ale zostanie nielojalnie odczytane, ktoś zacznie czytać rzecz lojalną, a zechce później nielojalnej (…)

A prasę, przyjacielu, mieliśmy lojalną, powiem nawet – przykładnie lojalną.

Wkrótce potem przeżyliśmy prawdziwą inwazję korespondentów zagranicznych (…). Jak wygląda, pytają, problem śmierci głodowej, która dziesiątkuje ludność? Nic mi o tym nie wiadomo, odpowiada minister informacji, i muszę ci, przyjacielu, powiedzieć, że nie był on daleki od prawdy. (…) Po czym minister zabrał ich na wycieczkę po stolicy, pokazywał im fabryki i rozwój zachwalał. Ale ci, gdzie tam – rozwoju nie chcą, tylko żądają głodu, chcą mieć głód i tyle! No, powiada minister, głodu to wy mieć nie będziecie, skądże głód, jeżeli jest rozwój! Ale tu, przyjacielu, nowa historia powstała. Bo oto nasze zbuntowane studenctwo wysłało na północ swoich delegatów, a ci naprzywozili i fotografii, i strasznych historii o tym, jak umiera naród, i wszystko to korespondentom cichcem, tylcem przekazali (…).

Dalejże tedy na nową drogę występować i wzywać zagranicznych dobroczyńców na pomoc! Sami nie mamy, niechże inni przyłożą, ile mogą (…)


Massawa, port na Morzu Czerwonym (dziś w Erytrei). Zniszczony pałac cesarza Hajle Selassje, fot. Carsten ten Brink, Flickr 


Osobliwy pan podniósłszy się na tę okazję do stopnia wielkiego admirała floty imperialnej, pasował siedmiu kadetów oficerami marynarki wojennej, powiększając tym sposobem naszą siłę morską.

Pośród zaś owego głodowania, misjonarzy, pielęgniarzy gardłowania, studentów wiecowania, policji pałowania dostojny nasz pan udał się z wizytą do Erytrei, gdzie przyjęty został przez swojego wnuka, dowódcę marynarki Eskindera Destę (…). Następnego dnia, już w porcie Massawa, osobliwy pan podniósłszy się na tę okazję do stopnia wielkiego admirała floty imperialnej, pasował siedmiu kadetów oficerami marynarki wojennej, powiększając tym sposobem naszą siłę morską. Tam też powołał owych nieszczęsnych notabli z północy, posądzonych przez misjonarzy, pielęgniarzy o spekulację i chudzielców okradanie – do wysokich godności, aby dowieść, że byli niewinni (…).

Pan Yelma Deresa, chcąc wzbogacić skarbiec cesarski polecił dobroczyńcom płacić za wszelką pomoc wysokie cła.

Niby więc wszystko posuwało się, rozwijało pomyślnie i przychylnie, a także w najwyższym stopniu fortunnie i lojalnie, cesarstwo rosło, a nawet – jak podkreślał to pan nasz – kwitnęło, kiedy raptem przychodzi doniesienie, że owi zamorscy dobroczyńcy, którzy wzięli na siebie niewdzięczny trud żywienia naszego nigdy nienasyconego ludu, zbuntowali się i wstrzymują dostawy, a to dlatego, że nasz minister finansów, pan Yelma Deresa, chcąc wzbogacić skarbiec cesarski polecił dobroczyńcom płacić za wszelką pomoc wysokie cła. (…) oni powiadają – jakże płacić!? Za pomoc, którą dajemy – jeszcze płacić? A tak, powiada minister, takie są przepisy. Jakże to – mówi minister – chcecie tak pomagać, żeby cesarstwo nic z tego nie miało?”

– Ryszard Kapuściński, „Cesarz” (wybrał bh)


Nagrobek Ryszarda Kapuścińskiego na Wojskowych Powązkach. Fot. Łukasz2, Wkipedia 


 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kategorie

License:

This work is licensed under a Creative Commons Attribution-NoDerivatives 4.0 International License.

W blog Democracy is OK D.OK zamieszczamy teksty, których tematyka jest zgodna z ideami wyrazonymi w naszym Manifescie, jednak za tresc artykulow i wyrazone w nich opinie odpowiedzialni są tylko i wylącznie ich autorzy.