web analytics

DOK – Democracy is OK

Kuźnia Demokracji

Zakręt losu. Bob Dylan

dylan_blanchett

Nie chcę pomniejszać Cohena, który jest także wybitnym poetą i któremu, jak twierdzą niektórzy z moich znajomych, nagroda Nobla należała się bardziej. Moim zdaniem jednak dokonania Dylana są, jeśli nie większe, to z pewnością wystarczające. Także ze względu na hermetyczność (pozorną) jego poezji nie zawsze zrozumiałej dla osób, które nie czują się zbyt pewnie w angielszczyźnie. Tym bardziej, że Dylan „zaciera” ślady, celowo sepleni, łyka sylaby i używa zwrotów typowych dla nizin społecznych. Brzmi to tak, jakby nie zależało mu, żeby go zrozumiano. Ale wierz mi, warto się przez to przebijać. To jest czarodziej, a jego teksty są mistrzowskie. „Simple twist of fame” może być tego przykładem. Piosenkę odkryłem na początku lat osiemdziesiątych. Przez cały tydzień rozszyfrowywałem ją z zaprzyjaźnionym malarzem z San Francisco, Raphaelem Pollackiem, o którym może kiedyś jeszcze napiszę. Mieliśmy pyszną zabawę:)

lubię tę piosenkę ze względu na jej prostotę, ironię i luz metafizyczny. Dylan śpiewa o parze kochanków, którzy poznają się przypadkiem na ławce w parku, potem spacerują nad brzegiem kanału i czekają na „wielki zakręt losu”, względnie „odmianę w życiorysie”. Dotyczy to głównie jego, o niej dowiadujemy się mniej. Dylan zapewnia, że ich widział i że byli „trochę zmieszani”. Idą jednak na noc do jakiegoś taniego hotelu, On ma wrażenie, że upalna noc, która napiera na niego jak rozpędzony „pociąg towarowy”, odmieni wszystko, co znał dotąd w swoim życiu. Kiedy jednak budzą go promienie słońca, wdzierające się do pokoju przez żaluzje, jej nie ma. Następuje seria obrazów. Kiedy spał, ona przechodziła pod arkadami i wrzuciła monetę do puszki ślepca przy bramie. Gdzieś daleko ktoś gra na saksofonie. Otwiera na oścież okno, czuje pustkę i jest mu wszystko jedno. Błąka się po dzielnicy portowej z papugą na ramieniu, która bez przerwy gada i rozmyśla, czy dostanie jeszcze szansę, żeby zmienić swoje życie. Wielki zwrot nie nastąpił. W ostatniej zwrotce Dylan śpiewa w pierwszej osobie. Wie i tak, że nic wyjść z tego nie mogło, mimo że dziewczyna z hotelu była jego duchową bliźniaczką. Problem wziął się z tego, że zgubił obrączkę, ona urodziła się na wiosnę, a on za późno, za co winić należy po prostu „a simple twist of fate”, czyli „zakręt losu”.

Włodzimierz Nechamkis

bd-jb

7 comments on “Zakręt losu. Bob Dylan

  1. Leszek Berger
    17 października 2016

    (1) Co roku jest co najmniej paru takich, którym wg tzw. autorytetów Nobel „należał się bardziej”, a i z tych, którzy go nie dostali, choć nikt z tych autorytetów się o nich zbyt głośno nie upominał, dałoby się zmontować drużynę, która niekoniecznie przegrałaby mecz z tymi nagrodzonymi.
    I to jest jedna płaszczyzna przekroju – porównań, klasyfikacji i rankingów między przedstawicielami +/- tego samego gatunku. Jak orzec stanowczo, czy Szymborska jest lepsza od Herberta (przepraszam Zagajewskiego, Barańczaka, Lipską, a wcześniej np. Tuwima)
    Oczywiście dotyczy to także konkurencji między Dylanem a wieloma bardami z rozmaitych kręgów kulturowych i językowych, bo wielkich jest niemało, tylko że nawet „my kulturalni” o nich nie wiemy lub wiemy mało co i po wierzchu, bo oni nie mieli wstępnego szczęścia urodzić się do pisania i śpiewania ani po angielsku, ani nawet po rosyjsku, francusku czy hiszpańsku. A dochodzi tu również znane zjawisko „naszyzmu” wszak wiadomo, że dla Niemca najlepszy na świecie jest Mey lub Biermann, dla Rosjanina Wysocki, Galicz lub Okudżawa etc., bo nie dość, że artysta jest nam znany (w sensie prawa inż. Mamonia) i przyswajalny w warstwie językowej, to jeszcze śpiewa o rzeczach, które właśnie nam szarpią wątrobę).
    Tak czy siak, często decyzję komitetu noblowskiego można i trzeba rozumieć jako uhonorowanie danego artysty nie tylko indywidualnie, lecz także jako przedstawiciela jakiegoś genre’u.

    (2) Ale wróćmy do tematu. Na wstępie przypomnę, że Homer, postać półmityczna, był ślepym śpiewakiem, który zapewne nigdy nawet nie zapisał żadnego ze swoich poematów. Kto wie, czy posiadł w ogóle sztukę pisania.

    Bob Dylan wlazł z kopa na tzw. Salony Wysokiej Poezji i Innej Literatury. Wcześniej włazili tam z kopa reprezentanci innych gatunków, uważanych za pośledniejsze, jak Raymond Chandler.
    Tacy intruzi wspólnie ustanawiają nowy standard – literatury podzielonej nie wg „wzrostu” (a czasem tylko zadęcia i wzajemnej adoracji), lecz po prostu na dobrą, taką sobie i kiepską.
    Podobnie było z Salonami Muzyki Wysokiej alias Poważnej, sforsowanymi przez setkę facetów takich jak Ray Charles, Louis Armstrong czy Miles Davis (znowu – przepraszam tych 97 pominiętych). Innymi drzwiami wdarli się tam także inni wykluczani, bo nie pasujący do standardu. I tam też na koniec okazało się, że muzyka jest po prostu dobra, taka sobie albo do dupy. Sam dobrze pamiętam czasy, kiedy kolesie z konserwatorium pokątnie grali muzę niewyfraczoną, improwizowaną i zabrudzoną a to przez blue note, a to przez synkopę, ale musieli się z tym ukrywać pod groźbą, że z tego konserwatorium wylecą…

    (3) Jak się rzekło, Bob Dylan strzelił Salonowi efektownego gola, o którym teraz głośno na całym świecie. Ale asystę przy tym golu można śmiało zapisać dobrze u nas znanemu pisniczkarzowi z przygranicznej Ostravy, Jaromirowi Nohavicy, który już parę lat temu dostał za swą twórczość nagrodę Bożeny Niemcowej, najpoważniejszą nagrodę literacką kraju, w którym – uwaga – przeciętny obywatel czyta 16-17 książek rocznie (przy naszych polskich około 0,25 książki na głowę, czy raczej na to coś, co tutejszy nosi na miejscu głowy…).

  2. wlodzimierz nechamkis
    19 października 2016

    Leszku, ładnie to wyłożyłeś. Nie można lepiej. Od siebie dodam tylko, że od jakiegoś czasu talent nazywam geniuszem. To może nieco staroświeckie określenie uważam za trafniejsze ze względu na jego jednoznaczność. Geniuszem się jest albo się nim nie jest – wsztystko zależy od tego, jak częste są jego przebłyski. W przypadku Dylana sprawa jest oczywista. Jeżeli ktoś nie jest w stanie ich dostrzeć, jak np. Paweł Huelle, który decyzję komitetu noblowskiego nazywa „żenującą”, to powinien zastanowić się na poważnie nad samym sobą. Jego i nie tylko jego zarzuty świadczą, jak liczna jest grupa twórców niedowartościowanych w polskim środowisku literackim. Może jestem sadystą, ale z przyjemnością przypomnę Witkacego, który kompleksy niższości nazywał zakorzenionym niedowartościowaniem.

  3. Leszek Berger
    20 października 2016

    Po to tzw. literaci – nikomu indywidualnie nic nie ujmując, nikogo też indywidualnie nie stawiając przed frontem kompanii – zakładają te swoje stowarzyszenia, związki i inne takie, żeby móc się podpierać czy to legitymacją członkowską jako urzędowym zaświadczeniem o byciu artystą, w odróżnieniu od tych wszystkich nie-cechowych, czyli partaczy, czy to zbiorowym świadectwem wybitności (ja tobie, ty mnie, jak to w TWA). Bez tego trudno coś wydać inaczej niż na koszt i ryzyko własne. Bez tego i nagrodę jakąś dostać (noblowską pewnie też…), i nawet spotkania autorskiego w osiedlowej bibliotece zorganizować. Ciężkie czasy, zwłaszcza dla tych mniej ważących, a w kupie raźniej, więc sam rozumiesz Włodku – nawet jeśli w tej kupie czasem zapachnie specyficznie…
    Ponoć między Karolem Marksem a jednym Janem Kowalskim była istotna różnica jakości – Marks był ekonomistą, Kowalski zaś – STARSZYM ekonomistą. I cóż, że w pewnej spółdzielni… bez bycia w spółdzielni nie da się awansować na STARSZEGO w dowolnej dziedzinie.
    P.S. Dopiero po napisaniu powyższego kupiłem Newsweeka.PL, a dziś przeczytałem w nim tekst Bratkowskiego, zgodny z tym, co i ja napisałem zarówno w ogólnym zarycie, jak i w części użytych argumentów. Miło znaleźć się w rozsądnym towarzystwie, i to bez zakładania związku twórczego 🙂

    • wlodzimierz nechamkis
      20 października 2016

      w tym kontekście jakże wyróżnia się komentarz Cohena, który słynie z tego, że umie dobierać słowa. W pierwszej reakcji powiedział, że decyzja komitetu noblowskiego jest dla niego niepojęta. Nobel dla Boba Dylana? Przecież to absurd. To tak jakby odznaczono Mount Everest medalem za to, że jest majwyższą górą świata.

      • Leszek Berger
        21 października 2016

        Ha, celne spostrzeżenie i temat na ciekawą dyskusję! Ale tak już świat jest urządzony, że człowiekowi za mało być w czymś najlepszym w powiecie albo i na świecie, on chce jeszcze mieć potwierdzenie na piśmie, albo i dowód rzeczowy w postaci złotego medalu, pucharu czy nagrody Nobla (zakładam, że Dylan i bez tego finansowego wsparcia głodem nie przymiera). Dlatego Austriak skrupulatnie pisze przed nazwiskiem swoje Mag. lub choćby Dipl., a i naszemu Kowalskiemu przyjemniej, że jest tym STARSZYM ekonomistą…
        Wiesz, zaraz na pierwszych stronach „Rozważań o wojnie domowej” (rzecz o chłopskim powstaniu antyjakobińskim w Wandei) Jasienica zauważa, że każda rewolucja wynosi na szczyty trzeciorzędnych adwokatów… Dlaczego? Raz, że umieją poruszyć prostaczków – zarobki wiejskiego adwokata zależ nie tylko od samej skuteczności, tj. wygrywności, ale w dużej mierze i od tego, na ile mocno, przegrywając sprawę, dał wyraz racji moralnej swojego klienta… (czasem co przekłada się na powiedzonko: ludzie płakali a płakali, a sąd się śmiał a śmiał) . I dwa, motywacja do awansu pionowego, wyrażającego się w jakichś dodatkowych tytułach przed nazwiskiem. Człowiek za młodu zostaje adwokatem, z czasem nabywa doświadczenie i wiedzę (albo i nie), samoocena mu puchnie, porftel na ogół również, a przed nazwiskiem wciąż to samo, co przed 30-40 laty… Nie ma przecież tytuł€w „starszy adwokat”, „adwokat sztabowy”, „adwokat trzeciej rangi” etc. etc. Wciąż nic, tylko ten goły adwokat, jak u jakiegoś 30-letniego leszcza. Stąd w wielu narastająca potrzeba, żeby się wspiąć na jakąś nadarzającą się drabinkę. Jasne, można byłoby dopisać jeszcze parę przesłanek – znajomość mechanizmów, znajomość ludzi aktywnych etc. – ale tamte dwie chyba możemy uznać za podstawowe.
        No więc jakoś przyjemniej byłoby przedstawiać się jako noblista Rymkiewicz niż jako zwykły poeta Rymkiewicz, że przemilczę dalszą narzucającą się tytulaturę.
        Wierzę, że i ten wyróżniający aspekt samemu Dylanowi zwisa podobnie jak te pieniądze, choć wielu innym by nie zwisał. Tym wielu innym jednak się Nobel przysłużył, bo nakłady ich dzieł gwałtownie wzrosły. I w sensie zasięgu, i w sensie tantiem autorskich.
        No a do tego jest jeszcze – może nawet przede wszystkim – sygnał do całej reszty świata, dotyczący całego gatunku, a więc także i tego Lońki Cohena:
        Oto Komitet Noblowski uznał, że piosenka, piosenka z dobrym tekstem, jest formą literatury, a nie tylko jakąś zapchajdziurą do radia dla kierowców albo na wieczorek panieński. Innymi słowy Mt. Everestowi takie wyróżnienie może być obojętne, ale niekoniecznie tym wszystkim, co się na niego wdrapują lub tylko o tym marzą.

        • wlodzimierz nechamkis
          21 października 2016

          Leszku, oglądałem przed chwilą w telewizji ZDF-info fajny reportażyk z Moskwy, który idealnie pasował do tematu rozmowy. Okazuje się, że wspinaczki na szczyty kultury przeżywają jedyny w swoim rodzaju renesans, względnie „kick”, jak mówią Niemcy. Młodzi Moskwiczanie wdrapują na pałace kultury, których mają więcej niż mieszkańcy Warszawy. Z tego, co mówiła nam w liceum nasza znienawidzona nauczycielka rosyjskiego, pani Więckowa, chyba siedem.

          Wyobraź sobie taki obrazek – młody ambitny wdrapał się na iglicę pałacu kultury i stoi na niej stając jej naturalnym przedłużeniem. Nie tylko stoi, ale sam siebie filmuje nie tracąc równowagi. Autoportret na szczycie najwyższej w mieście iglicy. Ten obraz powinien przejść do historii kinematografii albo jak kto woli – literatury.

          A jeśli chodzi o Cohena, to nie wiem, czy Ci wiadomo, że parę lat temu, kiedy był na szczycie kariery, okradła go pewna adwokatka, Stracił wszystko. Bezpowrotnie. Dlatego musiał wrócić na scenę i przedłużyć młodość, z czym jest mu zdaje się do twarzy:)

  4. Leszek Berger
    21 października 2016

    Szczyt Kultury = po rosyjsku pewnie Пик Культуры, choć na ten w Warszawie od Stalina mawiano raczej „Drapacz Kultury”, czyli Kulturkratzer.
    A taki facet na szczycie przypomina mi zagadkę z podstawówki. Najwyższa góra na świecie? Gówno na szczycie Mt. Everestu. Oczywiście jak taki akrobata-wspinacz nasra i stanie dopiero na tym, to pobije kolejny rekord.
    Na szczytowej ścianie jednego wieżowca na łódzkim Widzewie widziałem przed laty olbrzymi napis – NASRAJ W BUTY, BĘDZIESZ WYŻSZY. I do dziś nie wiem, komu go dedykować. Myślałem o pewnym tutejszym użytkowniku drabinki, ale ci dzielni moskwianie też jak najbardziej zasługują…
    O niemiłej przygodzie Cohena z jego prawniczką wtedy czytałem, ale mi uwięzła w jakimś zakamarku mózgownicy. Pofałdowanie tej ostatniej ma swoje słabe strony, ale bez niego pewnie nic nie lepiej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Information

This entry was posted on 16 października 2016 by in FB, KULTURALNIE, WYŁOWIONE Z SIECI (i nie tylko) and tagged , , , .

Kategorie

License:

This work is licensed under a Creative Commons Attribution-NoDerivatives 4.0 International License.

W blog Democracy is OK D.OK zamieszczamy teksty, których tematyka jest zgodna z ideami wyrazonymi w naszym Manifescie, jednak za tresc artykulow i wyrazone w nich opinie odpowiedzialni są tylko i wylącznie ich autorzy.