web analytics

DOK – Democracy is OK

Kuźnia Demokracji

Gulasz z kapustą, czyli sztama polsko-węgierska

Bartosz Hlebowicz

Totem, Orban, Kaczynski, UE, turul, karp

Krysia Kierebinski, licencja CC-BY-NC-ND

26 lutego Sejm polski ustanowił bieżący rok Rokiem Solidarności Polsko-Węgierskiej. Co za wspaniała wiadomość! Po tym, jak pokazaliśmy uchodźcom z Syrii, że mamy ich w nosie, po tym, jak zademonstrowaliśmy niesolidarność z Unią Europejską, okazuje się, że jednak jesteśmy z kimś solidarni, jednak jakichś przyjaciół mamy.

…Albo przynajmniej tak nam się wydaje. Przyjaźń – wiadomo – nie bierze się znikąd i trzeba ją pielęgnować przez lata, a w przypadku narodów przez wieki. Przyznam, że niewiele jeszcze wiem o przyjaźni polsko-węgierskiej, bo nigdy jej nie poznałem z autopsji, a i podręczniki historii wstrzemięźliwe są w tym zakresie. (Oczywiście, to Węgrzy dali nam dzielnego króla Stefana Batorego w XVI wieku, a trzysta lat później to nasz Józef Bem vel Murat Pasza wspomagał madziarskich powstańców – to chyba jednak dość mało jak na bliską więź między narodami. O ile wiem, np. w czasie II wojny światowej staliśmy po przeciwnych stronach). „Solidarność polsko-węgierska” brzmi trochę jak wariant przyjaźni, której każdy Polak urodzony przed 1989 rokiem doświadczył w mniejszym czy większym stopniu na własnej skórze: przyjaźni polsko-radzieckiej. Ale może to nieuzasadnione skojarzenie. Wiem, że pretekstem do oficjalnego zadekretowania przez Sejm polsko-węgierskiej przyjaźni jest podobne doświadczenie obu narodów w 1956 roku: krawa milicyjna pacyfikacja wiecu studentów w Poznaniu i jeszcze bardziej krawe stłumienie przez radzieckich żołnierzy rewolucji na Węgrzech. Podejrzewam jednak, że w solidarności polsko-węgierskiej musi chodzić o coś więcej niż tylko incydent z 1956 roku.

Żeby sięgulasz_z_turula o tej solidarności węgierskiej dowiedzieć więcej, trzeba sięgnąć do źródeł – moim ulubionym jest literatura. A któż mógłby być lepszym przewodnikiem niż autor, który jest Polakiem i Węgrem zarazem, który chętnie o Polsce i Węgrzech pisze, który musi tę solidarność dwóch narodów w sobie zawierać? Myślę o Krzysztofie Vardze oczywiście. Wracam więc do Gulaszu z turula[1], lektury sprzed paru lat, ale dziś przecież szczególnie aktualnej, opowiadającej o współczesnych Węgrzech. W pierwszej z „kulinarnych” książkowych opowieści Vargi o Węgrzech[2] poszukam punktów wspólnych z Polską, żeby świadomie, a nie powierzchownie, celebrować nasz rok solidarności. W lekturze towarzyszyć mi będzie, jak zwykle, muzyka. Wybór pada na Works for piano Pawła Szymańskiego (podpowiedź dla pewnego wiceministra, który zamierza reklamować kulturę polską za granicą: Paweł Szymański to nie Karol Szymanowski. Paweł Szymański to również nie Paweł Nastula ani Paul McCartney).

Zaraz na początku, wspomnienie dzieciństwa na Węgrzech i pysznych, obfitych obiadów („Słodka woń duszonych na smalcu warzyw, leczo, faszerowanej papryki, zapiekanki kartoflanej”, posiłków „podawanych ze świeżym, białym chlebem, miękko moszczącym żołądek” – jak to się czyta!) płynnie przechodzi w melancholijną refleksję o nieuchronnym przaśnym losie węgierskich rodzin, które wszystkie były podobne do siebie, o przemijaniu marzeń i młodości. Varga, jak na Węgro-Polaka przystało, sam jest na wskroś melancholijny i nostalgiczny, z miłością i żalem opisujący zapatrzony w przeszłość kraj swego dzieciństwa.

„Musiało upłynąć trochę czasu, żebym (…) pojął wreszcie, że ten świat to nie tylko leczo, faszerowana papryka i zapiekanka kartoflana, ale także frustracja, kompleksy, nieuleczalna, bolesna, pokręcona pamięć. Że to także nostalgia za czasami regenta Miklósa Horthyego i towarzysza Jánosa Kádára; grunt, żeby była jakaś nostalgia, bo to ona konstytuuje węgierskie życie”. Ta nostalgia za minioną (i w dużej mierze wyobrażoną) wielkością „jest fundamentem, na którym buduje się węgierska tożsamość”. Jasne więc, że słynna (i w gruncie rzeczy mało znana) kuchnia węgierska jest pretekstem do wspomnień i rozważań znacznie poważniejszych – nazwijmy to – o naturze Węgra, choć (uwaga, spoiler!) śmiem twierdzić, że w jakiejś mierze także o naturze Polaka.

Varga, snując się po Budapeszcie i jego peryferiach (głównie peryferiach) i wielu innych miastach i miasteczkach Węgier, przygląda się miejscom i ludziom jakby zastygniętym w czasie. Uwaga o rozkwicie Budapesztu na przełomie XIX i XX wieku i komentarz, że nie sposób sobie wyobrazić przyszłośc tego miasta, że „ona mu jakby nie przysługuje”, nabiera ogólniejszego wydźwięku; Varga mówi nie tylko o Budapeszcie, ale o całych Węgrzech, miotających się między globalnym kapitalizmem a nieznośną tradycją narodową, coraz usilniej w przeszłości upatrujących pocieszenia. Oczyma Vargi obserwujemy więc młodych mężczyzn na ulicach Budapesztu w wojskowych kurtkach z naszytymi czerwono-białymi pasami Árpádów, mitycznych założycieli narodu węgierskiego sprzed tysiąca lat, które to oznakowania przejęli strzałokrzyżowcy, czyli węgierscy naziści rządzący tym krajem pod koniec II wojny światowej. Dzisiaj tego samego znaku używa węgierska skrajna prawica – czyli partia Jobbik i zdelegalizowana Magyar Gárda (Gwardia Węgierska) – walcząca z Unią Europejską, „gangami cygańskimi” i szkoląca węgierską młodzież w samoobronie, tak miła naszym rodzimym „narodowcom” w rodzaju Artura Zawiszy i nacjonalistom od Kukiza. Gdy czytam o młodych ludziach z symbolami „starożytnych” przodków Węgrów, to czuję się równie nieswojo jak wtedy, gdy widzę migawki z dzisiejszych marszy polskich podgolonych miłośników czystości rasowej, organizowane rzekomo ku czci „żołnierzy wyklętych” albo gdy widzę podstarzałego piosenkarza-grafomana, dziś polityka (politykiem każdy być może!) paradującego w koszulkach z kotwicą Polski Walczącej czy tarczą ONR-owskiego Związku Jaszczurczego. W rękach politycznych hochsztaplerów i historycznych nieuków przeszłość zamienia się w slogany i wytrychy, a ich poplecznikom, jak się okazuje, wszystko jedno (dlatego np. Piłsudski, socjalista i przyjaciel Ukrainy, może być patronem dzisiejszej narodowej prawicy, w większości antyukraińskiej).

Varga wspomina, że ulubionym świętem nad Dunajem jest „dzień żałoby”, a kult męczenników szerzy się niczym epidemia. Z upodobaniem upamiętnia się wkroczenie Rosjan do Budapesztu w 1956 roku, klęskę powstania 1848 roku (choć to i tak lepiej niż nasze obchody rocznic wprowadzenia stanu wojennego, co od kilku lat stało się hobby Prezesa Polski). W każdym większym mieście na Węgrzech, podaje Varga, jest ulica Męczenników, a nawet ulice Kalwarii i Golgoty, w Peczu zresztą ulica Kalwarii przechodzi w Drogę Męczenników z Aradu. Imiona bohaterów historycznych, Bema, Macieja Korwina czy Jánosa Hunyadiego, którym jednak udało się odnosić zwycięstwa, otrzymują ulice poza ścisłym centrum. „Męczennicy z Aradu są dużo lepsi, bo kojarzą się ze słodką klęską”. W Polsce jednak nie trzeba klęsk na polu walki, by tworzyć i czcić męczenników: jednym z najżywotniejszych zadań nowej władzy okazuje się postawienie przed Pałacem Prezydenckim pomnika na cześć nieudolnego prezydenta, który zginął w wypadku samolotowym, w drodze… na obchody męczeństwa Polaków w Katyniu. Tymczasem na przykład „cud nad Wisłą” celebruje się z o wiele mniejszą pompą, a o zwycięstwie nad Rosjanami pod Pskowem i rozejmie w Jamie Zapolskim z 1582 roku chyba nikt już nie pamięta. Wróćmy do Węgier: Varga zauważa, że o ile lista klęsk węgierskich jest długa i są one nieustannie rozpamiętywane (obala przy tym mit o pikantności jako głównej cesze węgierskiej kuchni: „Węgrzy tak naprawdę od ostrych, palących smaków wolą słodkie. A najbardziej kochają słodki smak klęski”.), o tyle o mniej licznych zwycięstwach łatwo się zapomina. „Jakże może szlachetnie cierpieć kraj, któremu zdarzało się wygrywać? (…) Pamięć o tym, że zawsze się przegrywało, pomaga zapomnieć, że nie zawsze było się ofiarą, ale czasami też katem. Lista węgierskich klęsk łagodzi listę węgierskich przestępstw”. Dlaczego w tym miejscu przypomina mi się udawane oburzenie kandydata Andrzeja Dudy w debacie prezydenckiej na tych, którzy przepraszali za Jedwabne? Jak to, my, Polacy – ofiary, mamy przepraszać za „skutki uboczne” wojny, którą to nie my wywołaliśmy? Jego uwadze umyka wprawdzie fakt, że nie wywołali jej też Żydzi pomordowani przez Polaków w Jedwabnem.

Wydaje mi się, że powoli zaczynam rozumieć przewrotny sens tej uchwały. Przecież nie może chodzić o wspólnotę losów Polaków i Węgrów w drugim półwieczu XX wieku, a w każdym razie inne wyciągnęliśmy z tego doświadczenia wnioski: doświadczenie dyktatury narzuconej przez Sowietów nam każe wystrzegać się rosyjskiego imperializmu jak ognia i wczuwać się w niedolę innych narodów, które próbuje podporządkować sobie Wielki Rosyjski Brat, np. Gruzinów (to wczuwanie się demonstrował brawurowo Lech Kaczyński w 2008 roku) czy Ukraińców (popierał ich Jarosław Kaczyński, który pięć lat później, wzorem polityków PO, pojawił się na Majdanie). Orbána to doświadczenie natchnęło co najwyżej do robienia za plecami Polaków interesów z Putinem. Kluczem, a raczej wytrychem, są czerwono-białe pasy Árpádów.

Mężczyni z flagami Árpádów pojawili się na opisywanych przez Vargę demonstracjach przed parlamentem we wrześniu 2006 roku, kiedy Węgrzy domagali się odejścia skompromitowanego rządu Gyurcsányego, premiera, który zasłynął powiedzeniem „Spierdoliliśmy wszystko, nie trochę, ale bardzo”.

I teraz wreszcie mogę powiedzieć, że pojąłem głębię uchwały Sejmu. Jestem dumny z mojego parlamentu, bo wreszcie zrozumiałem, że mądrzy i przenikliwi ludzie nami rządzą.

 

Tekst pierwotnie opublikowany na blogu Takie tam, czyli prawdziwe życie Wodza Yowlachie.

 

[1] Wyd. Czarne (2008).

[2] Druga to Czardasz z mangalicą, również wydana przez Czarne (2014).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kategorie

License:

This work is licensed under a Creative Commons Attribution-NoDerivatives 4.0 International License.

W blog Democracy is OK D.OK zamieszczamy teksty, których tematyka jest zgodna z ideami wyrazonymi w naszym Manifescie, jednak za tresc artykulow i wyrazone w nich opinie odpowiedzialni są tylko i wylącznie ich autorzy.