web analytics

DOK – Democracy is OK

Kuźnia Demokracji

Pigułka polskości

Beata Szydło w Doylestown

Bartosz HLEBOWICZ

tamany2

Pomnik lenapskiego wodza Tamanenda (XVII w.), dłuta Raymonda Sandovala, Filadelfia, fot. Bartosz Hlebowicz.

Jeżeli ktoś naiwny narzekał, że pani Beata podczas pobytu w Ameryce nie spotyka się z żadnym liczącym się (albo w ogóle żadnym) amerykańskim politykiem, to znaczy to tylko tyle, że w niektórych z nas naiwność zakorzeniła się bardzo mocno i że wiele jeszcze miesięcy „dobrych zmian” minie, zanim się z niej wyleczymy.

Owszem, może dziwić, biorąc wspólnotę intelektualną i ideologiczną naszej pani premier i takich polityków, jak Donald Trump, Ted Cruze czy John Kasich, że z którymś z nich się nie spotkała, ale łatwo domyślić się, dlaczego tak się (nie) stało. Dla republikanów, ostro rywalizujących o głosy najmniej wyrobionych politycznie i estetycznie obywateli Stanów Zjednoczonych, każda chwila jest teraz na wagę złota… Z drugiej strony, możliwe, że nawet pani Beata ma jednak to minimalne poczucie obciachu i zrozumiała, że nie wypada. Nie tym razem

Skoro jednak pani Beata już do Ameryki się wybrała, to pytanie, w jakim to zrobiła celu, jest jak najbardziej zasadne. Oczywiście, oficjalny powód znamy (poza marszałkiem Senatu: „Pani premier pojechała w określonym celu podpisania umowy dotyczącą przyszłości no czego przyszłości? Jeszcze raz… Ja nie wiem. Nie wiem, czemu tam pojechała”): złożenie podpisu pod umową o ochronie klimatu, no ale wszyscy czujemy, że to za mało, że to nie o to chodziło.

Otóż pani Beata pojechała do USA po to, ŻEBY SIĘ NIE SPOTKAĆ Z AMERYKAŃSKIMI POLITYKAMI. Na co jej takie spotkania (wyjąwszy hipotetyczne spotkania z Trumpem czy innym Cruzem)? Spotkała się już z politykami Unii Europejskiej i wie, że żadnej frajdy w tym nie ma. Cóż, są tacy ludzie, którzy w poważnej rozmowie nie znajdują przyjemności, za to rajcuje ich wygłaszanie sloganów i wiecowy poklask. Tak więc zagadka szybko się wyjaśniła: pani Beata pojechała do USA, żeby się spotkać ZE SWOIMI, mięsem wyborczym, czy też armatnim, jak kto woli. Pani Beata pojechała do Doylestown, czyli Częstochowy, amerykańskiej Częstochowy, bo ileż razy można jeździć do tej prawdziwej, polskiej, gdzie już każda kostka bruku na drodze do klasztoru dobrze znana, czułym dotknięciem podeszwy premierowego pantofla ugłaskana…

Niewtajemniczonym wyjaśniam: Doylestown, choć formalnie w Ameryce leży, to mentalnie na ziemiach polskich jest, z czasów zaborów albo wcześniej zresztą. Pennsylwańskie Doylestown to – niech wybaczone zostanie mi to nieprzyjemne słowo – pigułka Polski jest. Pigułka Polskości. Położone czterdzieści kilometrów na północ od Filadelfii miasteczko od 1953 roku jest siedzibą Narodowego Sanktuarium Matki Boskiej Częstochowskiej, klasztoru paulinów i kaplicy poświęconej Matce Boskiej. Celem ojca Zembrzuskiego, który ziemię pod sanktuarium zakupił, było umocnienie polskiej tożsamości Polonii amerykańskiej. Sanktuarium jest miejscem pielgrzymek. Oprócz klasztoru i kaplicy jest tu cmentarz z Pomnikiem Mściciela, poświęcony ofiarom zbrodni katyńskiej i katastrofy smoleńskiej, czyli też zbrodni, pomnik (oraz serce) Ignacego Jana Paderewskiego, a także polsko-litewskich huzarów. Oraz jest tam polska księgarnia. Pani Beata pojechała zażyć Pigułki Polskości.

I tu pojawia się wątek osobisty, łączący mnie po raz drugi z panią Beatą. Otóż ja też tam byłem! Byłem w Doylestown! I Pigułkę Polskości też zażylem, choć kilkanaście lat przed panią Beatą (to się chyba liczy, co nie?), i zaraz o tym opowiem.

Dlaczego po raz drugi? Bo pierwsze, co z panią Beatą dzielimy, to wspólne niejako studia: studiowaliśmy to samo i w tym samym miejscu (choć niestety nie w tym samym czasie. W tym przypadku to pani Beata mnie wyprzedziła).

Celem mojej pielgrzymki do Doylestown była właśnie polska księgarnia w Doylestown. Towarzyszył mi Andrzej Wala, z opasłym tomem referatów o Indianach i nie tylko, który zamierzał zostawić w księgarni na sprzedaż. Dość młoda pracownica oświadczyła, że zanim wystawi książkę, będzie musiała ją „sprawdzić”. Andrzej bardzo się zdziwił, ale pani była twarda. Przy okazji zauważyliśmy na półce dzieło Feliksa Konecznego o Cywilizacji żydowskiej, w której znany ten historyk/ideolog stawia tezę, że „cywilizacja żydowska” zagraża wyższej cywilizacji łacińskiej, tj. katolickiej, europejskiej i jedynym sposobem obrony przed skażeniem naszej rodzimej cywilizacji jest programowy antysemityzm. Nieopatrznie pośmialiśmy się z tych tez, czego nie omieszkała zauważyć pani z księgarni. Nastąpiła wymiana (na szczęście tylko słów) i obie strony zdecydowały, że lepiej jednak książki Andrzeja tu nie pokazywać. W ten oto sposób w amerykańskiej Częstochowie wygrał Koneczny, przegrali Indianie.

Nie wiem, czy pani Beata miała czas wpaść do księgarni. Czytam, że była na mszy oraz miała bardzo udaną, jak zwykle, mowę-trawę do swoich. I tak już zawsze będzie: Indianie zawsze będą odchodzić ze spuszczoną głową, a lepsza cywilizacja będzie zajmowała ich miejsce.

 

Felieton pierwotnie opublikowany na blogu Takie tam, czyli prawdziwe życie Wodza Yowlachie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Information

This entry was posted on 26 kwietnia 2016 by in MIĘDZY BOGIEM A PRAWDĄ, obyczaje, TEKSTY NASZE WYBRANE, Z ZIEMI WOLSKIEJ and tagged , , .

Kategorie

License:

This work is licensed under a Creative Commons Attribution-NoDerivatives 4.0 International License.

W blog Democracy is OK D.OK zamieszczamy teksty, których tematyka jest zgodna z ideami wyrazonymi w naszym Manifescie, jednak za tresc artykulow i wyrazone w nich opinie odpowiedzialni są tylko i wylącznie ich autorzy.