web analytics

DOK – Democracy is OK

Kuźnia Demokracji

Nikt nie rodzi się mężczyzną

Stefan Rieger

_trex

„Kobietą człowiek się nie rodzi, lecz się nią staje” – orzekła w dobrej wierze Simone de Beauvoir, choć wiara to była zła, gdyż zbawienie widzieć chciała w unicestwieniu kobiecości czyli ostatecznej urawniłowce płci. Niewiele zdań wypowiedzianych w XX wieku miało równie żałosne konsekwencje. Nie żeby było fałszywe, lecz dlatego, iż sugeruje, że mężczyzna został stworzony jakim jest, a nie urobiony na takiego – pisała w 2009 roku mądra pisarka kanadyjska żyjąca od lat we Francji, Nancy Huston, w ostrym jak cios w przyrodzenie eseju na łamach Le Monde (On ne naît pas homme).

Jest bowiem całkiem odwrotnie: od wiek wieków we wszystkich społecznościach dba się przede wszystkim o to, by sfabrykować mężczyzn, zmuszając chłopców gwałtem, groźbą i upokorzeniem do odróżnienia się od dziewcząt. To tak powszechne, że nawet tego nie widzimy: mężczyźni stanowią, jak świat długi i szeroki, od 90% do 100% przestępców, pedofilów, gwałcicieli, generałów, szefów państw i przywódców religijnych.

Fallokracja

Portret ludzkości, wyłaniający się z dzienników telewizyjnych, ma kuriozalnie zwichnięte proporcje: tzw. aktualności składają się głównie z doniesień o wyczynach i niecnych występkach tej jej połowy, która uzbrojona jest w fallusa. I nawet nie przyjdzie nam do głowy, by się zastanowić – w obliczu tego tsunami – dlaczego to samce właśnie sieją taki zamęt.

Dlaczego więcej energii – pyta Nancy Huston – wkłada się w podważanie instynktu macierzyńskiego, który zapewne całkiem jest realny, niż w próby rozpoznania owego instynktu, który popycha mężczyzn ku przemocy i wojnie?

Ostatni plemnik na Litwie

We wszystkich gatunkach blisko z nami spokrewnionych matki czule opiekują się potomstwem. W żadnym z gatunków, poza homo sapiens, samce nie wydają się nijak zaprogramowane na to, by wzajemnie się zabijać, rozmyślnie i z premedytacją.

Który to z instynktów należałoby skazać zatem na banicję: wojowniczy czy macierzyński? Ten, który sieje spustoszenie, czy ten, który po odliczeniu męskich trupów, zalegających pole bitwy, szuka rozpaczliwie ostatniego z ocalałych plemników, by wybawić gatunek od zagłady? (że streszczę wiernie, jak śmiem mniemać, myśl Nancy Huston własnymi słowami).

Rzeź niewiniątek

Moja ulubiona Kanadyjka chciałaby wiedzieć, dlaczego to specjalnością, by nie rzec ulubioną rozrywką samców z gatunku homo sapiens wydaje się być rzeź niewiniątek. Nie jest to bowiem, mówiąc oględnie, cechą wyróżniającą gatunku jako takiego, lecz tej jego „brzydszej”, acz dominującej połowy, wznoszącej dumnie swego nieopierzonego jeszcze fallusa i zachęcanej do wzwodu przez starszyznę, która nieodmiennie stawia na teodyceę jąder, paradygmat dominacji plemnika i transmisji przypisywanych mu zalet, wartości oraz atrybutów władzy.

Nawet abstrahując od tego, jak śmieszny to paradygmat – gdyż tylko jeden na setki milionów plemników trafia w sedno, reszta jest zbędna, nadliczbowa lub przegrana z góry i teoretycznie wystarczyłby 1% samców do przeżycia naszego gatunku ledwie sapiens (a i to do odwołania, gdyż ewolucyjna granica przeżywalności gatunków to z grubsza 2 miliony lat i zapewne dawno ją przekroczyliśmy, psim swędem albo neuronowym cudem) – nie wiadomo wciąż czemu (by wrócić do eseju Nancy Huston) „trzeba mieć penisa i jądra by szatkować, gwałcić, rozcinać ciała maczetą, szpadą lub sztyletem, rozrywać je na strzępy karabinem maszynowym, odcinać od nich głowy, by grać nimi w kręgle”.

Bal wampirów

Każda epoka poszczycić się może krwawymi orgiami, dokonanymi przez samców. Nie wszystkich samców, lecz wyłącznie samców. Wyjąwszy wyjątki i artystyczne fantazmaty – jak na paru przedmieściach lub w Bachantkach u Eurypidesa – nie widziano nigdy żeńskiej hordy pijanej krwią, pławiącej się w hemoglobinie, rozrywającej na strzępy bebechy, rozdeptującej czaszki wrogów.

Wszędzie, jak świat długi i szeroki, ziemia nawieziona jest białkami młodych trupów. Ileż to razy widzieliśmy, na tysiącach fotografii, płócien czy filmów, ów wizerunek matki wyjącej z bólu, Mater dolorosa, próbującej wyrwać z rąk wściekłego wroga żywe dziecko lub tulącej do piersi dziecko uśmiercone? Guernica, Sétif, Nankin, Kigali, Wandeja, Berlin… – to tylko kilka symbolicznych nazw i dat, przypominających o trwającej od czasów niepamiętnych rzezi niewiniątek.

Kuba Rozpruwacz

Opis jest rzetelny, diagnoza bezlitosna… Na pytanie „dlaczego?” odpowiedzieć dużo trudniej. Nawet Nancy Huston, choć od lat próbuje wgryźć się w problem, zgłębiając tajniki psychologii ewolucyjnej czy neurobiologii, nie wypuszcza się poza nieśmiałe hipotezy.

Jedna z nich byłaby taka: gdy tylko do małego chłopczyka dociera, że wyszedł z obcego ciała, ciała kobiety, zaczyna zawzięcie rozbierać na czynniki pierwsze, rozpruwać i rozkręcać, po czym byle jak rekonstruować wszystko, co mu wpadnie w ręce – lalki, misie, radia, pistolety, auta czy kamery – by zrozumieć, jak to funkcjonuje, zgłębić tajemnicę życia, pojąć, skąd się wziął i dlaczego tutaj jest.

Chłopcy patroszą, rozkręcają, demolują, by dotrzeć do dna, do rzekomej praprzyczyny. Niektórym będzie dane zweryfikować te wątpliwości empirycznie, per procura, poprzez rozcięcie brzucha matki, wyjęcie zeń płodu i roztrzaskanie go o pień. (Cytuję wiernie, czasem wręcz łagodząc, czasem wyrażając inaczej lecz uczciwie, słowa mojej ulubionej Kanadyjki).

Sztuka psucia

Tak czy inaczej, w efekcie rzezi, rozpruwania misiów czy demontażu radia, chłopczyki takie jak ja (i dobre 3 miliardy mych kolegów) zostawiają po sobie pobojowisko, a jeszcze częściej cmentarzysko: porządek przemieniają w nonsens, a z trzema śrubkami, które zostają na stole, nie wiedzą co zrobić. Coś, co dotąd żyło, bez żalu od tej chwili uśmiercają.

Gdyby mężczyźni nie wiedzieli (jak ich kuzyni spośród naczelnych), że wyszli z brzucha kobiety i że to jej zawdzięczają życie, zapewne by nie zabijali. Mordują głównie dlatego, że wiedzą o własnej śmiertelności. Kobietom jest to z grubsza obojętne. Rzadziej mają obsesję na punkcie własnej śmierci. Jest mała szansa, by doznały orgazmu, gdy są wściekłe, obrażone lub choćby obojętne. Uczucie gniewu nie stymuluje u kobiety gruczołów płciowych, zagrożenie nie wywołuje burzy hormonalnej.

Burza hormonów

Kobieta może zabić, czemu nie? Gotowa jest nawet pociąć na plasterki ciało, które zna; odgryźć znienawidzone wszystko, co wystaje, byle do tej wypustki stosunek miała osobisty. Obcego ciała nigdy wszak nie poszatkuje, nawet na jego „godność” niechętnie się zamachnie. Odpłaci najwyżej z nawiązką temu, kto nadużył jej zaufania.

Dlaczego tak rzadko, jeśli wcale, mówi się o burzach hormonów u mężczyzn, o wyrażonych hormonalnie lękach, popędach i obsesjach, o śmiercionośnej desperacji (którą Kundera ochrzcił nazbyt łaskawym i zbyt uwodzicielskim mianem „nieznośnej lekkości bytu”, a w której Nancy Huston, w pięknym eseju sprzed lat, dostrzegła znacznie trzeźwiej „filozofię rozpaczy”, czyli akt rozwodu z życiem) ?

Garść niewygodnych pytań

Dlaczego bagatelizuje się hormony, na czele z testosteronem, choć każde duże dziecko wie, że tylko one – z minimalną korektą neuronową – dyrygują orkiestrą na Titaniku życia? Czemu tak trudno przyznać się do tego, że we wszelkich społecznych skamielinach (określanych życzliwie mianem „tradycji” lub groźniej mianem „ładu”), a nade wszystko w warunkach płciowej segregacji – jak w Anglii wiktoriańskiej czy college’ach z Cambridge, w armii i w więzieniach, w klasztorach, seminariach, madrasach czy yeshivach – hormony te działać mogą jak waleriana na kota? Czemu po milionach lat ewolucji płciowe idiotyzmy (a ja bym rozszerzył na: idiotyzmy tout court) dyktują wciąż swe prawo, tak na wojnie, jak w alkowie?

Nancy Huston zadaje te pytania protagonistom i reżyserom współczesnego teatru aktualności: czemu kobiety nigdy nie tworzą zbrojnych milicji?; nie zawiązują międzynarodowych spisków?; nie organizują zamachów? (wyjąwszy garść okutanych samiczek, opasanych trotylem i zepchniętych w przepaść przez islamskich macho). Dlaczego dziewczynki rzadko ulegają czarowi brutalnych gier wideo? Czemu nie było dotąd nastolatki, która wparowałaby do swej klasy z kałasznikowem i zaczęła strzelać do wszystkiego, co się rusza? I nade wszystko, z desperacją pyta Huston, czemu nikogo to nie obchodzi?

Homo fabrykat

Mało kto bowiem zdaje sobie sprawę z tego, do jakiego stopnia wszystko, co ludzkie, jest skonstruowane, poczynając od tego, co jest dziedzictwem naszych instynktów, domniemanym determinizmem genetycznym, w którego automatyzm nikt rozsądny dzisiaj już nie wierzy. Czemu jedynie o macierzyństwie myśli się jako o czystym darze natury? Dlaczego mało kto skłonny jest przyznać, że to kobiety, matki, rodzicielki – dzięki odwiecznej praktyce macierzyństwamają w ręku klucz do zamka cywilizacji, gdyż tylko one, dzięki pępowinie, mlekiem płynącej piersi i hormonom, dążącym do homeostazy, zdolne są przyhamować eksplozję testosteronu u swych synów?

W kręgu zachodniej cywilizacji niektórzy zaczęli wreszcie to rozumieć i podkreślać, czasem wręcz przesadnie (nad czym ubolewał teatralnie, acz z talentem, Michel Schneider w eseju „Big Mother”). W innych stronach świata tego rodzaju myśl subtelnie perwersyjna musi jeszcze poczekać wiele lat, zanim ewentualnie ulegnie oswojeniu. U nas może pójdzie trochę szybciej, lecz nie takim ja szalonym, by względem patroszenia misiów, gwałcenia dziewic, konstruowania fallicznej piramidy dominacji coś mniemać albo i nie mniemać. Tym bardziej, że ciemnogród i reakcja wrzuciły wsteczny bieg.

Jajko czy plemnik?

Z przemyśleń Nancy Huston, jednej z najmądrzejszych osób, jakie znam, warto zapamiętać ideę przewodnią: nikt nie rodzi się mężczyzną. Dodałbym jeszcze od siebie, po przetrawieniu licznych prac z biologii czy psychologii ewolucyjnej, że jedynym pewnikiem, w naszej cywilizacji, jest zapewne matka (przynajmniej do odwołania).

Ojciec jest czysto wirtualny, to konstrukcja społeczna, innymi słowy: „przyznanie się do winy”, lub w sensie bardziej pozytywnym – do odpowiedzialności. Tylko matka może poświadczyć autentyczność ojca, przynajmniej tak było do tej pory, zanim genetyka – przydzielając każdemu dziecku szczęścia, zrodzonemu z chaosu nieprawdopodobieństwa, niezmywalny tatuaż w formie kodu DNA – podkopała fundamenty tej społecznej umowy.

Alma Mater

Zanim jednak do tego doszło, nasz sympatyczny homo sapiens miał dobrych kilkaset tysięcy lat na zdyskontowanie owej wirtualnej figury Ojca i podporządkowanie tej chimerze jak najbardziej realnej, decydującej o przetrwaniu gatunku figury Matki.

Innymi słowy zadbał o to, by role społeczne perwersyjnie odwrócić, budując cywilizację falliczną, w której teoremat wzwodu jest egzorcyzmem, mającym odżegnać groźbę niepewnego ojcostwa, wpisanego niestety lub stety w naturę.

Wszystko to jest zatem, jako się rzekło, konstrukcją. Wszystko, włącznie z muzyką instynktów, jest kwestią interpretacji, narracji, edukacji, indoktrynacji. Dlaczego tylko macierzyństwo miałoby odsyłać do idei „czystej natury”? Czyżby kobiety, dzięki praktyce matkowania, nie nabyły przez tysiąclecia cennej wiedzy o człowieczeństwie, godnej przekazania mężczyznom? Czyż nie najwyższy czas – wkrótce może być za późno – by ci ostatni, zamiast tylko pouczać jak od tysiącleci, spróbowali się wreszcie od tej drugiej połowy ludzkości czegoś nauczyć?

 

Stefan Rieger były dziennikarz RFI (Radio France Internationale) w Paryżu i krytyk muzyczny, od lat mieszka we Francji.

2 comments on “Nikt nie rodzi się mężczyzną

  1. Bartosz Hlebowicz
    17 kwietnia 2016

    „Czemu nie było dotąd nastolatki, która wparowałaby do swej klasy z kałasznikowem i zaczęła strzelać do wszystkiego, co się rusza?”

    Może nie w klasie, ale na szkolnym placu zabaw, w San Diego, w Kalifornii, w 1979 r – od razu przychodzi mi do głowy szesnastolatka, która zaczęła strzelać do dzieci. Śpiewał o tym Bob Geldof, „I don’t like Mondays”. Co oczywiscie nie podważa głownej tezy, że generalnie to mężczyźni są tak konstruowani, by siać terror w świecie.

    „Ojciec jest czysto wirtualny, to konstrukcja społeczna, innymi słowy: „przyznanie się do winy”, lub w sensie bardziej pozytywnym – do odpowiedzialności. Tylko matka może poświadczyć autentyczność ojca…”

    Indianie Oneida z upstate New York, wśród których prowadziłem badania, oficjalnie wliczają w swe (nieliczne i tak) szeregi tylko te nowo narodzone dzieci, których matka jest Oneidką. Jeżeli ojciec należy do Oneida Nation, lecz matka nie – dziecko nie staje się Oneidą…

  2. Mezcalito
    29 kwietnia 2016

    Wspanialy ,bardzo trafny artykul!!! Takich wiecej prosze!!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Information

This entry was posted on 17 kwietnia 2016 by in FB, KULTURALNIE, TEKSTY NASZE WYBRANE, TERRAFEMINA.

Kategorie

License:

This work is licensed under a Creative Commons Attribution-NoDerivatives 4.0 International License.

W blog Democracy is OK D.OK zamieszczamy teksty, których tematyka jest zgodna z ideami wyrazonymi w naszym Manifescie, jednak za tresc artykulow i wyrazone w nich opinie odpowiedzialni są tylko i wylącznie ich autorzy.